Uwaga!

piątek, 20 czerwca 2014

Bo tak chciał los cz. 1

Hej! Nawet nie wiecie, jak okropnie się czuję - dodawać miniaturkę po tak długim czasie! Wybaczcie, jakiś wirus pochłonął mi połowę komputera, a wraz z nim poleciały opowiadania. Chwilowo jestem w trakcie przywracania plików, ale nie wiem, jak długo mi to zajmie.
Poniższa miniaturka będzie podzielona na dwie części. Wiem, że nie jest dobra, a w niektórych momentach nawet powiewa nudą, jednak chwilowo tylko tyle jestem w stanie wymyślić ;c Zdradzę, że w drugiej części będzie więcej akcji :D
Ps. Przy okazji, zapraszam na swoje konto na facebooku :)

Notatkę dedykuję wszystkim czytelnikom. Dziękuje Wam, że jesteście!


- Ej! - Krzyknęłam, gdy przepychający się przez kolejkę chłopak uderzył mnie łokciem w brzuch. Potarłam obolałe miejsce i rzuciłam zabójcze spojrzenie szybko oddalającej się sylwetce.
Ktoś obok mnie się zaśmiał.
- Spokojnie, Hermiono. - Harry złapał mnie za ramię i pociągnął do przodu, w stronę wolnego miejsca w kolejce stojącej przed wejściem do klubu. Ręką wskazał na drzwi. - Widzisz? I tak szybciej nie wejdzie.
Podniosłam wzrok i utkwiłam go w zamazanej sylwetce, teraz kłócącej się z ochroniarzem. Mimo że z natury jestem raczej pogodową osobą, obraz ten wzbudził we mnie dziwnie miłe uczucie. Potarłam ramiona.
- Naprawdę nie wiem, co chcesz udowodnić, Harry. - Zwróciłam się do przyjaciela, który w odpowiedzi tylko się do mnie wyszczerzył. - Czy to, że naprawdę nie jestem osobą rozrywkową i nie mającą żadnego życia towarzyskiego, czy to, że w jesteś w tym samym stopniu równy jak ja?
- Czy ja właśnie powinienem się obrazić? - Spytał zamyślony i spojrzał na mnie, pełen powagi. Po chwili jednak na jego twarz wrócił szeroki uśmiech, a on sam zaczął się śmiać. - Lepiej już chodź, bo w takim tempie nigdy tam nie dojdziemy.
- Mi to pasuje – Mruknęłam, jednak dałam się mu poprowadzić.
Chwilę później weszliśmy do klubu. Mijając pomalowane na czarno ściany, zastanawiałam się, czy kiedykolwiek jeszcze dane mi będzie ujrzeć świat zewnętrzny. Całym ciałem przyparłam do Harry'ego i odruchowo złapałam go za rękę. Wąskie korytarze wprawiały mnie bowiem w klaustrofobie, o której istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia.
- Gdzie ty znajdujesz takie miejsca? - Szepnęłam, gdy skręciliśmy w kolejny korytarz.
- Mam pewne kontakty.
Na te słowa mimowolnie się wzdrygnęłam. Wiedziałam, że po wojnie z Voldemortem wiele szpiegów wyszło z ukrycia – zdziwienie Zakonu, gdy okazało się, że Snape nie był jedynym agentem w szeregach wroga, było ogromne – i zaadaptowało się na nowo, tworząc nowe więzi i kontakty, tym samym zdradziło parę niefortunnych informacji. Dobrze zdając sobie sprawę, że Harry po wojnie stał się bardziej otwarty i to właśnie on tworzył te „nowe kontakty i więzi”, nie wpływało na mnie uspokajająco.
- Nika? - Spytałam obojętnie, patrząc się przed siebie.
Harry spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Widocznie nie spodziewał się, że będę znała któregokolwiek ze szpiegów.
Na tę myśl uśmiechnęłam się lekko.
Duszący dym wypełniał całe pomieszczenie sprawiając, że osoby przede mną stawały się ledwo widoczne. Przez chwilę staliśmy z Harrym w drzwiach i obserwowaliśmy tańczące plamki, jednak znajdujący się za nami tłum przepchnął nas do przodu. Ścisnęłam dłonie w pięści i przeszłam na środek sali.
Nie czułam się tu dobrze. Dym dusił mnie, wilgotność sprawiała, że było mi gorąco. Dlatego widząc, że czerwone ściany klubu przebijają się przez mleczną obłoczkę, podeszłam do nich i przyległam plecami do zimnego tynku. Po chwili stanął obok mnie Harry.
- Wszystko w porządku? - Jego głos zagłuszyła głośna muzyka, dlatego musiał powtórzyć swoje pytanie, wykrzykując mi go do ucha.
Kiwnęłam głową i odkleiłam się od ściany. W swoim życiu przeszłam więcej, niż kilka osób razem wziętych. Wymazałam rodzicom pamięć. Wybrałam się z przyjaciółmi na samobójczą misję. To ja pomogłam pokonać Voldemorta.
Dlaczego więc tak reaguję na zwykły klub?
- Chodźmy – Powiedziałam mocno i wyprostowałam się. Zwalczyłam w sobie chęć złapania Harry'ego za rękę i dumnym krokiem ruszyłam w stronę baru.
Drewniana lada błyszczała, przykręcone do podłogi białe krzesła obracały się, gdy ktoś z nich schodził. Usiadłam na jednym z nich i obróciłam się do barmanki.
- Ogni... - Głos uwiązł mi w gardle, gdy przypomniałam sobie, że znajduję się w innym świecie. Już nie moim, obcym. - Tropikalną lagunę, proszę. - Przeczytałam pierwszą rzucającą się w oczy nazwę jakiegoś trunku widniejącym na kolorowej tablicy i położyłam dłonie na ladzie. Po chwili gazowany napój pojawił się przede mną, ozdobiony pomarańczową palemką. Wzięłam pierwszy łyk i zakrztusiłam się.
- Dla mnie to samo. - Harry usiadł na zwolnionym krześle i na mnie spojrzał. Widząc moją minę, szybko zwrócił się do barmanki. - Albo jednak nie.
Zaśmiałam się i odłożyłam szklankę na stół. Od tego powietrza rozbolała mnie głowa.
Nagle Harry zerwał się z miejsca i złapał mnie za rękę, przyciągając do siebie. Styknęliśmy się całym ciałem, nasze twarze były zaledwie parę centymetrów od siebie.
- Nie po to brałem cię do tego miejsca, by widzieć, jak siedzisz w jednym miejscu i odliczasz minuty do wyjścia. - Jego oczy wpatrywały się w moje, oddech łaskotał w szyję. - Zatańczymy?
Niepewnie kiwnęłam głową i ruszyłam za nim na środek parkietu. Gdy stanęliśmy, Harry, w dalszym ciągu trzymając mnie za rękę, odsunął się ode mnie na kilka kroków i ukłonił. Jego oczy cały czas obserwowały moje.
Uśmiechnęłam się i zrobiłam to samo. Nagle wyprostowaliśmy się oboje, a ja obróciłam się w miejscu. Harry zaśmiał się i przyciągnął do siebie tak, że stanęłam do niego plecami. Głowę położył mi na obojczyku i zakołysał się w rytm muzyki.
- Gdzie ty nauczyłeś się tak tańczyć? - Spytałam i poczułam, że się uśmiecha. Dłonie położył mi na talii i delikatnie odsunął od siebie, chcąc ponownie odwrócić mnie w swoją stronę.
Jednak nie udało mu się to, ponieważ ktoś złapał mnie za rękę i pociągnął w swoją stronę. Mocno uderzyłam w twardy tors i, nim zdążyłam zorientować się w sytuacji, mój porywacz – o ile tak mogę go nazwać – odezwał się.
- Co ty tu robisz, Granger? - Draco Malfoy złapał mnie za ręce i położył je na swoich ramionach. Zrobił to, co mnie zdziwiło, nadzwyczaj delikatnie.
- Nie twoja sprawa – Zaczęłam się wyrywać, jednak jego mocny uścisk w talii skutecznie mi to uniemożliwił. - Puść mnie. - Wysyczałam mu w twarz.
Zaśmiał się i rozluźnił uścisk. Odsunęłam się od niego szybko.
- Poczekaj – Powiedział z uśmiechem, gdy zaczęłam się cofać. - Chcę tylko porozmawiać.
- Wybrałeś sobie bardzo odpowiednie miejsce i czas, nie powiem. - Prychnęłam, jednak się zatrzymałam. Wzrokiem próbowałam odnaleźć Harry'ego, jednak tłum mi na to nie pozwolił.
Objęłam się ramionami i spojrzałam nań stanowczo.
- Co? - Spytałam ostro, gdy w dalszym ciągu nie przerywał milczenia. Chłopak wziął mnie za rękę i poprowadził przed siebie. - Mówiłam ci, byś mnie puścił! - Przekrzyknęłam muzykę i stanęłam. Powoli stawało się to nudne.
Malfoy także przystanął i przewrócił oczyma.
- Naprawdę, Granger?
- Mam wiele powodów, by ci nie ufać, Malfoy.
- W takim razie – Prychnął i wyciągnął rękę w moją stronę. - dasz mi wreszcie dojść do głosu i pozwolić wyjaśnić sobie parę rzeczy?
Dojść do głosu? Złość powoli kłębiła się we mnie, jednak zgłuszyłam ją. Nie wiem, co wtedy mną pokierowało – po szybkiej kalkulacji wyciągnęłam do niego rękę. Długie palce mocno zacisnęły się na moich i pociągnęły w stronę opuszczonego korytarza, z którego przeszliśmy do ciemnego salonu. Niepewnie usiadłam obok niego na kanapie.
- Co chciałeś? - Zaczęłam i złożyłam zaplecione dłonie na kolanach. Nie chciałam pokazać mu, że drżą.
Draco przyglądał mi się chwile. Nagle westchnął i przejechał dłonią po twarzy.
- Ja... - Odchrząknął i spojrzał na mnie ze złością. - To nie jest takie łatwe, wiesz?
Odwzajemniłam jego spojrzenie i wyprostowałam się.
- Nie, dopóki mi nie wyjaśnisz. - Wydawać się mogło, że mój lodowaty głos przecina gęste powietrze, poprzedzane duszącym dymem.
Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony.
- To ty nie wiesz? - Spytał z mało inteligentną miną.
- Nie. - Odpowiedziałam zirytowana. Zawsze denerwowałam się, gdy czegoś nie wiedziałam.
Chwile mnie obserwował. Nagle się uśmiechnął i rozsiadł w kanapie. Rozluźnił się, ja za to się spięłam.
- W takim razie, to wszystko. - Powiedział swoim zwykłym, oschłym tonem. Na dźwięk zmiany jego głosu, wzdrygnęłam się – wrócił do niego tak niespodziewanie. - Możesz iść. - Powiedział, gdy nie ruszyłam się z miejsca. - Okularnik pewnie się o ciebie niepokoi.
Za nim zdążyłam pomyśleć, uderzyłam go w twarz. Malfoy dotknął czerwonego policzka i z zaskoczeniem na mnie spojrzał. W jego oczach zobaczyłam ból.
Jednak teraz mało mnie to interesowało.
- Nie waż się tak mówić o Harrym - Warknęłam i poderwałam się z miejsca. - Jeżeli jeszcze raz się do mnie zbliżysz, pożałujesz, Malfoy.
Odwróciłam się i wyszłam, zostawiwszy go z widocznym szokiem na twarzy.

Odnalazłam Harry'ego kilka minut później, przy barze. Stał z poważną miną i rozglądał się na boki. Gdy mnie zobaczył, złapał za ramiona i ścisnął.
- Byłem pewny, że już cię nie znajdę. - Spojrzał na zegarek. - Jeszcze chwila i wzywałbym aurorów.
Uśmiechnęłam się, jednak nie było w tym ani krzty radości.
- Nie musiałeś. - Owinęłam się szalem i spojrzałam na niego z ukosa. - To był tylko Malfoy... - Przerwałam, gdy zauważyłam szok na jego twarzy. - Coś się stało?
Harry pokiwał głową, jednak jego twarz w dalszym ciągu miała surowy wraz. Powoli poprowadził mnie w kierunku wyjścia.
- Czego chciał? - Spytał niewinnie, jednak to pytanie z pewnością do takich nie należało.
- Porozmawiać. - Stwierdziłam, że nie będę rozwijać tego tematu. Cała ta sytuacja wydawała mi się podejrzana, nie wspominając już o zachowaniu obu czarodziejów.
Wybraniec pokiwał głową, jednak gdy ponownie otwierał usta, w klubie rozległy się krzyki.
Nie zważając na przypatrujących się nam mugoli, sięgnęliśmy po różdżki i wyciągnęliśmy je przed siebie. Harry wyszedł przede mnie i rozglądnął się.
- Tędy. - Powiedział i ruszył w kierunku korytarza, którym chwilę temu szłam z Malfoy'em. Przełknęłam ślinę i pobiegłam za nim.
Mimowolnie odetchnęłam, gdy minęliśmy salon, w którym rozmawiałam z blondynem. Pomieszczenie było opuszczone, jedynie plamki kolorowego światła przepływały zgodnym rytmem po ścianach. Rzuciłam ostatnie spojrzenie na pokój i przeszłam za Harrym do następnego.
Gdy tylko przeszłam przez drzwi, uderzył we mnie mocny zapach stęchlizny. Skrzywiłam się i stanęłam.
- Uważaj! - Usłyszałam znany mi głos i odwróciłam się w jego kierunku akurat wtedy, gdy trafiło mnie zaklęcie.
Mocno upadłam na ziemię, tracąc przytomność.

Pierwszym, co do mnie dotarło, to głośny śmiech. Zaraz po nim nastąpiła cisza.
Ciężką jak ołów ręką dotknęłam czoła i odetchnęłam. Otworzyłam oczy i ponownie je zamknęłam, gdy uderzyła w nie rażąca biel. Było mi dziwnie ciepło i wygodnie.
Podniosłam się do pozycji siedzącej i jęknęłam. Całe plecy zaprotestowały głośno, a do nich dołączyła głowa. Podparłam się rękoma i otworzyłam oczy.
Cały świat zawirował. Powieki opadły w dół, a ja ponownie zatraciłam się w ciemności.

- Nie powinieneś był z nią wtedy rozmawiać. - Ktoś siedzący na sąsiednim łóżku warknął i uderzył dłonią w materac. - Wyobrażasz sobie, co by zrobiła, gdyby się dowiedziała?
- Może – Ignorancki głos przebił się przez otaczającą mój umysł barierę i w niej się zatrzymał. - Ale watro było spróbować.
Zapanowała pełna napięcia cisza, którą przerwała osoba siedząca na łóżku.
- Czyli...
- Nie, Potter, nie powiedziałem jej. - Głos zaśmiał się, jednak śmiech pozbawiony był wesołości. - Jednak twoja mina watra była tego całego przedstawienia.
Chwilę później coś przeleciało nade mną i usłyszałam, że uderza w osobę z ignoranckim głosem.
- Hej! - Krzyknęła i rzuciła to coś na podłogę. - Tylko na tyle cię stać? Rzucanie poduszką?
- Wolałbyś stolik?
Chciałam się uśmiechnąć, jednak nie mogłam. Wszystkie mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa, ciało było jak sztywne jak rzeźba. Przeraziłam się.
- Jak by zareagowała? - Głos był tak zniekształcony, że nie potrafiłam go odróżnić.
- Nie wiem. - Ktoś westchnął. - Na pewno byłaby wstrząśnięta.
- I wściekła.
Oba głosy się zaśmiały.
- Mam nadzieje, że nas nie słyszy. - Ktoś podszedł i odgarnął mi włosy z czoła. Był to ruch delikatny i dobrze znany, nie mogłam sobie tylko przypomnieć, skąd. - Dostałoby nam się.
- Lepiej się odsuń. - Nie byłam w stanie stwierdzić, czy było to warknięcie, czy śmiech, ani do kogo należał głos, bo ponownie zaczęłam odpływać.
Przed zaśnięciem usłyszałam tylko:
- I tak jest na mnie skazana.

- Jak długo spałam? - Odebrałam od Harry'ego parujący kubek herbaty i uśmiechnęłam się w podziękowaniu. Odpowiedział tym samym i usiadł na rogu łóżka.
Widocznie starał się nie patrzeć mi w oczy, bo omijał je starannymi łukami.
- Dwa dni. - Powiedział spokojnie, a ja opadłam na poduszki. Dwa dni. Straciłam dwa dni życia.
- Czym oberwałam?
- Nie wiem.
Podniosłam głowę i na niego spojrzałam. Pierwszy raz odkąd tu przyszedł, spojrzał mi w oczy.
- McGonagall razem z panią Pomfrey starają się odnaleźć zaklęcie na podstawie obrażeń, jednak jest to bardzo trudne, ze względu na ich braki.
- Moje plecy... - Zaczęłam.
- Bóle twoich pleców były iluzją. - Malfoy stanął w drzwiach i na mnie spojrzał. - Prosto mówiąc: poddano cię symulacji.
Przeszedł przez pokój i stanął za Harrym. Jego włosy były zmierzwione, oczy podkrążone i zmęczone. Nawet koszulę miał wymiętą.
Harry spojrzał na niego ostrzegawczo, na co ten tylko wzruszył ramionami.
- I tak by się dowiedziała.
Na te słowa poderwałam wzrok znad herbaty i przyglądnęłam się obojgu. Sposób wypowiadania brzmiał znajomo, przypominając mi o pewnej rozmowie przeprowadzonej w tym miejscu. Chwilowo jednak nie dałam po sobie poznać, że byłam jej świadoma.
- To mugolski szpital? - Spytałam w zamian, a oni kiwnęli głowami.
- Któryś mugol wezwał karetkę do klubu. - Malfoy potarł kciukiem dłoń. - Problem był taki, że nie było czasu na wymazywanie pamięci. - Spojrzał mi w oczy niewidocznym wzrokiem. - Nie wiedzieliśmy, co się z tobą stało, a przerażeni mugole zaczęli się rozchodzić.
Kiwnęłam głową, gdy coś nagle do mnie dotarło.
- To ty próbowałeś mnie ostrzec? - Spytałam Malfoya.
On tylko prychnął w odpowiedzi.
- Zwariowałaś, Granger?

Szpitalny korytarz bardzo różnił się od tego w klubie: jasne ściany aż biły swoją czystością, wielkie okna wpuszczały masę ciepłego i czystego powietrza, ludzie zachowywali się cicho i spokojnie. Oczywiście zdziwiłabym się, gdyby było inaczej, jednak było to pierwszym, co zauważyłam.
Oparłam się całym ciałem o Harry'ego i objęłam go w pasie. Jego nos wbił mi się w głowę, gdy pochylił się i wziął mnie na ramiona. Zaśmiałam się.
- Aż tak słaba nie jestem – Powiedziałam z uśmiechem i złapałam go mocniej za szyję, gdy przechylił się na bok. - Za to widzę, że ty tak.
- Nie wierz we wszystko, co widzisz – Odwzajemnił uśmiech i wyniósł mnie na zewnątrz.
Gdy Harry schodził po schodach, odwróciłam się w jego ramionach i spojrzałam na białe mury szpitala. Całym ciałem cieszyłam się, że z niego wyszłam, chociaż wyczuwałam pewną cząstkę, która nie chciała opuszczać tego miejsca. Tutaj czułam się bezpieczna.
Nie bądź głupia” upomniałam się i wsiadłam za przyjacielem do auta.
Chwilę później parkowaliśmy przed domem. Wyciągnęłam się w siedzeniu i spojrzałam dół, na różnokolorowe papierki, opakowania po cukierkach i puszkę po napoju. Spojrzałam wymownie na Harry'ego.
- Nie patrz tak na mnie – Podniósł usprawiedliwiająco ręce do góry. - Mam tylko jedną radę; nigdy nie pożyczaj auta Ronowi.
Zaśmiałam się i wysiadłam z auta. Odebrałam od przyjaciela torebkę – przypadkowo zostawiłam ją w aucie – i weszłam do domu.
Od razu zauważyłam, że coś jest nie w porządku. Zazwyczaj równo ułożone fotografie, zostały przełożone i poprzewracane, szuflady w biurku zostały otwarte i przeszukane. Uklękłam przy rozsypanych kartkach, biorąc je do rąk.
- Harry! - Krzyknęłam i upuściłam kartki.
Przede mną rozpościerała się krwawa ścieżka, prowadząca prosto do salonu. Zaczynała się parę metrów ode mnie, przechodziła przez środek dywanu i kończyła za drzwiami. Nie czekając na przyjaciela wstałam i ruszyłam przed siebie.
Nagle ktoś złapał mnie za rękę.
- Poczekaj. - Harry klęknął i skierował różdżkę na krwawą maź. Gdy srebrny promień do niej powrócił, zwrócił się do mnie. - To tylko farba.
Kiwnęłam głową i ponownie spojrzałam na wejście do salonu. Drzwi były lekko uchylone, przez szparę ostro przenikał jasny promień słońca. Zacisnęłam mocno usta i pchnęłam drzwi.
Czerwony ślad farby dalej ciągnął się przez pokój i zakręcał za kanapą. Nie chciałam oglądać się na Harry'ego – wiedziałam, że tylko czeka, aż się zawaham. Wtedy wziąłby mnie za rękę i odciągnął.
A na to mu nie mogę pozwolić.
Wzięłam się w garść i pewnie podeszłam do kanapy. Gdy schyliłam się, zobaczyłam namalowany na niej farbą napis, bardzo podobny do tego, który widzieliśmy z przyjaciółmi w drugiej klasie. Obeszłam siedzenie i stanęłam przed nim, chcąc przeczytać wiadomość. Gdy tylko jej treść do mnie dotarła, krzyknęłam.

Koniec cz. 1



sobota, 8 marca 2014

Miej sherry pod ręką

Czyli coś, czego jeszcze tu nie było :D Niezbyt mi się podoba, jednak ocenę oddaje w Wasze ręce. Postaram się następnym razem dodać coś z zamówień, już nawet mam napisane jedno z HGSS, tylko muszę go poprawić. 
Miniaturka weselsza od poprzedniej, przynajmniej mam taką nadzieje, bo pisałam to w trakcie wielkiego zmęczenia. 
W każdym razie, proszę o szczere opinie i krytykę, która bardzo pomaga mi w pisaniu i unikaniu nagminnie powtarzających się błędów:)
Ps. Miniaturka powstała dzięki Izie, która, świadomie czy też nie, podsunęła mi pomysł na to opowiadanie. I chociaż nie wie, że ten blog istnieje, tę notkę dedykuje właśnie jej :)


Szary zapach dymu leniwie unosił się znad knota wygasłego niedawno kadzidła i jak woda wsiąkał w każdy milimetr ubrania właścicielki mieszkania, a właściwie to odległej komnaty zamku. Zasłony, zajmujące prawie połowę całego dobytku kobiety, zwisały jak kolorowe serpentyny ze ścian, okien i drzwi. Na podłodze stało dwanaście okrągłych stolików z dopasowanym kompletem krzeseł, a na nich przeźroczyste, półokrągłe kule. Czerwony jak krew dywan był ledwie widoczny spośród ciemnego drewna, okalającego ściany i podłogę wieży.
Kobieta, o niesłychanie długich, kręconych blond włosach, przeszła przez środek swojej sali, nucąc przy tym cicho. Oczy miała na wpółprzymknięte, usta rozchylone. W lewej ręce trzymała pustą już butelkę Sherry, obwieszające ją cekiny i paciorki brzęczały lekko przy każdym jej niezgrabnym ruchu. Kołysząc się na boki, wycelowała palcem w nos. Gdy druga próba podniesienia okularów nie dała pozytywnych wyników, prychnęła wściekle i zatrzymała się. Chcąc skupić uwagę na dogodnym wycelowaniu w cel, zrobiła zeza i wystawiła język.
Nagle cisze przerwał donośny śmiech, dochodzący gdzieś z kąta sali.
Kobieta wzdrygnęła się i upuściła trzymane w dłoniach okulary na podłogę, tym samym je rozbijając. Szybko obróciła się na pięcie, wcześniej jednak zapominając o swojej lekkiej nietrzeźwości. Zachwiała się i opadła na ścianę.
- Oh, moja droga Sybillo. - Przeciągły syk odbił się od okalającego salę dymu. - Stęskniłaś się?
Podniosła głowę w górę i mocno mrużąc oczy, spojrzała w stronę ciemnej plamy. Rozpoznała go, jednak świadomość, że wszedł tutaj bez problemu, przerażała ją. Skupiła się na wysokiej postaci wychodzącej z ciemnego kąta. Jej oczy zabłysły.
- Tom? - Szepnęła przez uśmiech. Mimowolnie przygładziła wiecznie rozczochrane włosy, jednak zaraz szybko się zbeształa. Przecież ON takie lubił. - Jak się tu dostałeś?
Jej głos brzmiał słodko, jednak wypowiedziane słowa były lekko bełkotliwe. Cóż, westchnęła w duchu, trzeba będzie odstawić kochane Sherry.
- Mam swoje sposoby.
Smukła postać stanęła na środku sali i teraz bez problemu mogła przyjrzeć się jego twarzy. Była taka jak zawsze – ciemna, pozbawiona nosa czaszka z lekko zapadłymi w głąb oczodołami. Jednak coś w jego wyglądzie nie dawało jej spokoju.
- Schudłeś. - Gdyby nie wiedza, że w jej żyłach krąży kilka promilów alkoholu, z pewnością byłaby na siebie wściekła. Nie chcąc ukazać swoich emocji, zaróżowiła się lekko.
Voldemort wybuchł głośnym śmiechem.
- Cała ty. Zawsze zauważasz coś, o co nikt mi znajomy, by mnie nie posądził. A wiedz, że mam o tym jakąś wiedzę.
Jego głos przybrał gorzką nutę, a ona nagle poczuła obezwładniający smutek. Nie taki, który czuła przez całe swoje życie. Nie, ten smutek miał swój początek w sercu, to tam wyrosło jego nasiono i zagłębiły się kolczaste korzenie.
- Przecież wiesz, że wcale tak o tobie nie myślą. - Szepnęła cicho, odczytując bez problemu jego myśli. Przynajmniej takie miała wrażenie.
On jedynie pokręcił głową, nagle odzyskując swoją dawną niecierpliwość i złość.
- Mylisz się, kochanie. - Ostatnie słowo wymówił jak zaraźliwą chorobę, jednak ona zdawała się tego nie zauważać. - Moi poddani mnie opuścili i gdyby nie jeden obślizgły, lecz wierny jak pies panu szczur, nie byłoby mnie tu. Jednak nie o tym chciałem z tobą porozmawiać.
Nagle pojawił się u jej boku, jego twarz znalazła się niepokojąco blisko jej. Chcąc zapanować nad przyśpieszonym oddechem, spojrzała mu w oczy.
- Wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko?
- A czy kiedykolwiek cię okłamałem? - Odpowiedział pytaniem na pytanie i jeszcze bardziej się pochylił. Jego ciepły oddech delikatnie łaskotał ją w szyję. - Chciałem cię spytać... Jak idzie praca z Potterem?
Zachichotała, przykładając wolną dłoń do ust.
- Oh, uwierzył we wszystko, co mu powiedziałam. Chłopak teraz myśli, że w dalszym ciągu jesteś martwy, nawet nie zadał sobie trudu myślenia. Bo czyż to nie oczywiste, że najpotężniejszy czarodziej naszych czasów zawsze znajdzie sposób na powrót?
- A Dumbledore? - Zaczął niedbale bawić się jej wisiorkami, jednak widać było, że mocno skupia się na tym, co mówi. - Połknął haczyk?
- I to w całości!
Czknęła głośno i przekrzywiła głowę, niezadowolona. Alkohol coraz silniej dawał jej się we znaki i to akurat w takim momencie! Chyba posłucha starej Minerwy i rzuci picie. Tak, zrobi to jeszcze dzisiaj. Albo jutro, przecież butelka nie ucieknie.
Tom uśmiechnął się przeciągle.
- Brawo, brawo – Zaczął powoli ściągać naszyjniki z jej szyi. - Nie spodziewałem się czegoś takiego po tobie.
- Ostatnio mówiłeś to samo.
Zacisnął mocno wargi, a ona zdrętwiała. Miała wielką nadzieje, że go nie zezłościła, nadal pamiętała ostatni raz.
Po chwili jednak, ten sam leniwy uśmieszek wrócił na jego cienkie usta.
- To było dobre kilkanaście lat temu, kiedy jeszcze nie wiedziałem o twojej pierwszej przepowiedni. Ale nie martw się, wybaczam ci. Wiem, że nie jesteś dziś w najlepszym stanie. - Jego spojrzenie powędrowało w stronę butelki i na niej spoczęło. - Mam nadzieje, że to ostania?
Kiwnęła szybko głową i pomogła mu z zapięciem jednego z wisiorków. Naszyjniki oplatujące jej szyję zniknęły w jednym momencie. Zadrżała.
- Zimno? - Ponownie kiwnęła głową, a on przyłożył swoje dłonie do jej skóry. Ku jej zdziwieniu, były zaskakująco ciepłe. - Od tej pory nie życzę sobie widzieć ciebie pijanej. Przeszkadza ci to w myśleniu, a ja nie lubię smaku Sherry.
Powiedziawszy to, nachylił się ku niej i ja pocałował.
Początkowo zaskoczona zesztywniała, jednak po chwili oddała mu pocałunek z wielką chęcią. Jego usta były zimne i bez smaku, jednak nie przeszkadzało jej to. Kochała go za to, kim jest, a nie jaki jest i jak wygląda.
Nagle Tom odsunął się od niej. Z jękiem zawodu oparła się o ścianę i przymknęła oczy. Jak ona tego nie cierpiała!
- Coś się stało? - Spytała, nie patrząc na niego.
- Wydaje mi się, że słyszałem pukanie.
Od razu wytrzeźwiała i spojrzała na zegarek.
Godzina lekcyjna!
- Schowaj się, a ja zaraz wrócę.
Zaciągnęła go do swojego pokoju i wyszła na schody. Nie zdziwiła się, gdy zobaczyła tłum uczniów kłębiących się na wysokich stopniach prowadzących do jej sali i komnat. Przymknęła powieki i przygarbiła się lekko wiedząc, jakie wtedy sprawia wrażenie na uczniach.
- Macie teraz wolne, nie czuję się dobrze. - Odezwała się słabo, zastanawiając się, jak potem wytłumaczy to wszystko dyrektorowi. - Nie słyszeliście? Odwołuję lekcje!
Gdy osłupiali uczniowie odwrócili się w stronę wyjścia z zamku, odetchnęła i wróciła do siebie. Po chwili jednak sama osłupiała, gdy zauważyła Toma na swoim łóżku.
- Co ty robisz? - Wykrztusiła.
- Skoro już tu jestem... - Syknął, przewracając oczami. - Przecież to sypialnia, gdzie niby indziej mam siedzieć?
Spojrzała wymownie na stojący pod oknem stolik wraz z krzesłem, jednak nie odpowiedziała. Po chwili niezręcznego milczenia, obróciła się do niego na pięcie i spojrzała w ciemne, puste jak kosmos oczy. Nie wiedzieć czemu, właśnie teraz poczuła siłę i pewność, jakiej jeszcze nigdy przedtem nie znała. Wyprostowała się dumnie.
- Nieraz pytałeś się, dlaczego pije – Zaczęła z mocnym tonem w głosie. - Jednak nigdy ci nie odpowiadałam. Teraz jednak uważam, że to był błąd. Nie mój. - Prawie krzyknęła. - Tylko twój.
- Powiesz wreszcie, o co chodzi? - Voldemort wydawał się być obojętny na jej słowa, jednak coraz widoczniejsza żyła na jego skroni temu zaprzeczała. - Nic nie rozumiem z tego, co mówisz.
- To twoja wina, że wszyscy się ode mnie odwrócili! Nie chce dłużej tak żyć, w samotności...
- Samotność to jedyny przyjaciel człowieka. - Odpowiedział chłodno, a ona poczuła strach. Jeszcze nigdy nie miała do czynienia z tym wcieleniem i nie była pewna, czy chce je poznawać. - Jeżeli jednak chcesz mieć znajomych, to proszę – Rozłożył na bok swoje długie ręce. - Nie zabraniam ci tego. Jednak pamiętaj, by potem nie przychodzić do mnie z płaczem. Wiesz, że nie uznaje tchórzostwa, strachu i nieposłuszeństwa. Jeżeli sama chcesz się do niego przyczynić, to...
- Nie. - Powiedziała gorzko. - Przepraszam.
Rozciągnął usta w krzywym uśmiechu.
- Tak już lepiej. - Po chwili spojrzał na nią i rozłożył ramiona. - A teraz chodź do mnie.
Choć cały umysł i dusza się buntowały, jej ciało ruszyło do niego posłusznie. Usiadła obok Toma i objęła go, wtulając twarz w zagłębienie w jego barku.
- Już niedługo – Zaczął spokojnym głosem, wpatrując się w ścianę i delikatnie gładząc jej włosy. - Jeszcze trochę się pomęczysz. Dopóki nie wymyślimy planu pozbycia się Dumbledora, jesteś tu uwięziona. Potem stworzymy nowe imperium, nową władzę i czarodziejów. - Przerwał, by zabrać oddech. - Jeszcze trochę.

Kiwnęła głową, tym samym mu potwierdzając. Gdy pochylała się w jego stronę, chcąc oddać mu pocałunek, ponownie zastanowiła się nad swoim życiem. Zamknęła oczy, gdy poczuła zimne wargi na swoich. W tym momencie oddałaby wszystko, by je zmienić.


CZYTAM = KOMENTUJE


poniedziałek, 17 lutego 2014

I tak jej nie uciekniesz

Wreszcie wróciłam do domu, po pierwszym i zdecydowanie za długim dniu w szkole. Dlatego też miniaturka jest tak późno.
Mam wrażenie, że wyszła mi z tego jakaś tania powieść rhomantyczna, ale to już do oceny oddaje Wam. Bardzo proszę o szczere komentarze i krytykę, za którą będę naprawdę wdzięczna. 
Miniaturka na zamówienie always, mam nadzieje, że chociaż trochę się spodoba:)
Piosenka na dziś TUTAJ
Chwilowo także muszę wstrzymać zamówienia. Powróciła szkoła, a wraz z nią testy, zadania i całkowity brak czasu. Postaram się szybko napisać pozostałe miniaturki i jak tylko uporam się ze szkołą, to zostaną ponownie wznowione :)
Życzę miłego czytania.
Ps. Przy okazji dziękuję za wcześniejsze komentarze, moja wena się nimi karmi :D

Jest taka miłość, która nie umiera, choć zakochani od siebie odejdą. ~ Jan Twardowski

Gdy otwierał Ognistą Whiskey, przez drzwi do jego sypialni wpadła zdyszana Hermiona. Przez chwilę błądziła wzrokiem, którego nie powstydziłby się żaden szaleniec i gdy tylko go zobaczyła, podbiegła i rozpaczliwie rzuciła mu się na szyje.
Przez chwilę nie wiedział co zrobić, jednak po chwili westchnął i mocno ją objął. By było jej wygodniej, siadł na zniszczonym fotelu i ułożył ją delikatnie na swoich kolanach. Głaszcząc ją uspokajająco po włosach i wdychając jej zapach, myślał o swojej przyszłości. Niewątpliwie nie zapowiadała się ona dobrze, Merlinie, dobrze to za dużo powiedziane. Nie wiedział, czy przeżyje, choć swoim losem nie przejmował się aż tak bardzo. Spojrzał w twarz powoli zasypiającej Gryfonki i jak przez mgłę, przypomniał sobie wczorajszy dzień.
Obudził go wielki ból w lewym przedramieniu. Szybko wstając z łózka popędził do łazienki przebrać się w swoje nieśmiertelne czarne szaty i po chwili aportował się z błoń z towarzyszącym temu cichym pyknięciem. Zdając sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje, odetchnął głęboko. W Malfoy Manor odbywały się tylko spotkania kręgu wewnętrznego, także sprawa nie mogła być poważna. Gdyby Czarny Pan chciał zastraszyć nieposłusznych Śmierciożerców, spotkanie odbywałoby się gdzie indziej.
Zmierzając pewnym krokiem w stronę obszernej Sali Zebrań, zastanawiał się, co jest powodem tego spotkania. Pewnie Voldemort (nie bójmy się wypowiedzieć tego w myślach) znowu wymyślił jakiś genialny plan zabicia Pottera, który i tak spokojnie ucieknie z miejsca zdarzenia, śpiewając wesoło przy tym pod nosem. Czarny Pan nigdy nie miał dobrych pomysłów (nie, żeby nie był mu za to wdzięczny) dlatego powoli denerwowało go to, że musi wykonywać wszystkie jego zachcianki. Severusie zabij tego, wykop tamtego, dowódź tym i tamtym, a tak poza tym, to...
Zamknął szczelnie swój umysł, gdy przekroczył próg sali w domu Lucjusza. Starając się skupić jak najbardziej, usiadł na zajętym już dla niego wcześniej miejscu, prosto obok Wężowatego, jak go czasami nazywał i zaczął się rozglądać. Jego uwadze nie uszło to, że Sala została dwukrotnie zmniejszona, wymiarami aktualnie przypominała zwykły pokój. Oczywiście na zebranie przyszła o połowę mniejsza grupa Śmierciożerców z kręgu Wewnętrznego.
Gdy Czarny Pan wreszcie raczył przybyć na zebranie, Severus udając lekkie zainteresowanie spojrzał w jego stronę i wstając, ukłonił się nisko.
- Mój Panie – Wyszeptał z przesadnym szacunkiem, kątem oka obserwując zachowanie Wężowatego.
Ten tylko gestem nakazał mu wstać.
- Jak dobrze Severusie, jak dobrze... - Wysyczał i zajął swoje miejsce, znajdujące się centralnie na środku sali. - Mam do ciebie pewną sprawę, sprawę wielkiej wagi, och tak. Ale ona może zaczekać. Siadajcie.
Gdy wszyscy posłusznie wykonali jego polecenie, Czarny Pan podniósł rękę i wskazał, nienaturalnie długim palcem na Greybacka.
- Tak, Panie? - Spytał, charcząc przy tym głośno.
- Jak akcja z napadem na sierociniec?
Chociaż Severusa absolutnie nie interesowały sprawy innych Śmierciożerców i ich zadania, tym razem z zaciekawieniem pomieszanym z obrzydzeniem zaczął się przysłuchiwać opowieści wilkołaka. Choć tego nie pokazał, był zdziwiony tematem jego misji. Severus był jedną z niewielu osób na ziemi, które miały taką przyjemność i zapoznały się z przeszłością Voldemorta. Wiedział także to, że wychowywał się w sierocińcu. Jak widać, musiał naprawdę nienawidzić tego miejsca, skoro zadał tak okrutną misję. Wyobrażając sobie setki zagryzionych dzieci w różnym wieku, poczuł tak niewyobrażalną nienawiść do Czarnego Pana, że aż dziw, że nie spłonął tu i teraz. Może Severus dla większości uczniów był starym nietoperzem-wampirem bez uczuć, jednak gdy w jego życiu pojawiła się Hermiona, tak wiele się zmieniło. Przypomniał sobie jej wielkie, czekoladowe oczy i uśmiech, który należał tylko do niego. Momentalnie zrobiło mu się lżej na sercu. Była taka czysta, taka piękna duchowo, nieznająca nieszczęść wojny i strasznego uczucia zabijania.
Nagle Severus oprzytomniał. To nie miejsce i czas na takie rozmyślanie. Wystarczy jedna pomyłka, jedna przerwa w skupieniu i nie tylko on będzie zgubiony, ale także wszystkie osoby z jego myśli i wspomnień okryję aura szybkiej zagłady.
Ponieważ dawno zaprzestał słuchania monologu Greybacka, przez chwilę nie wiedział o czym mówią zebrani i poczuł złość. „Nieznośna Gryfonka!” krzyknął w myślach, gdy po raz kolejny na zebraniu zaczął o niej myśleć i zacisnął mocniej dłoń.
Wtedy usłyszał jedno zdanie Czarnego Pana i już wiedział, że jest całkowicie rozbudzony.
- Jutro popołudniu napadniemy na Hogwart. Chcę, byście czekali u progu Zakazanego Lasu, dokładne miejsce zebrania wskaże wam Mroczny Znak. Oczywiście Severusa to nie dotyczy - Spojrzał w jego kierunku, wykrzywiając twarz w okrutnym uśmiechu. Nagle wyrzucił ręce do góry. - Już jutro opanujemy Szkołę Magii i Czarodziejstwa, potem świat czarodziejów będzie nasz!
Jak jeden mąż,wszyscy Śmierciożercy wstali i zaczęli wiwatować. Severus z niesmakiem obserwował, jak Yaxley w przypływie radości zaczyna rozbierać młodą mugolaczkę, trzymaną tu w celach służebnych. Gdy poczuł na sobie palące spojrzenie, odwrócił się i ruszył w kierunku Czarnego Pana ciekaw, jakie zadanie szykuje mu tym razem.

Przypomniawszy sobie rozmowę z Wężowatym, drgnął lekko, jednak w porę się opamiętał,gdy zdał sobie sprawę z obecności Gryfonki. Jego zadanie, jak nazwał to Czarny Pan, polegało na wpuszczeniu ich do Szkoły. Nic prostszego. Dotknął jej twarzy i delikatnie zaczął błądzić po niej palcami. Niechcący obudził tym dziewczynę.
- Co się stało? - Spytała opierając się na łokciu, niechcący uciskając na jego wrażliwe miejsce. Gdy to zauważyła, zarumieniła się lekko. - Przepraszam.
Chciała wstać, jednak on szybko złapał ją za rękę i jednym ruchem przyciągnął do siebie. Siedzieli teraz tak, że ich nosy praktycznie się zderzały, a ciepłe oddechy mieszały się ze sobą. Niewiele myśląc, Severus przybliżył się do niej i złożył na jej ustach mały pocałunek, który oddała z wielką chęcią. Gdy był przy rozpinaniu ostatniego guzika w koszuli dziewczyny, nagle poczuł palący ból w lewej ręce. Odrywając się od Gryfonki, szybkim ruchem zerknął na Mroczny Znak i wcale się nie zdziwił, gdy zauważył zmianę jego koloru. Wiedział, co to oznacza.
Z ociąganiem spojrzał w oczy Hermiony, w których dostrzegł wielki ból. Nie była głupia, musiała zauważyć jego syknięcie.
Jak gdyby nigdy nic, powolnym ruchem zaczął zapinać koszulę dziewczyny. Gdy kończył, ona nagle złapała go za ręce, tym samym uniemożliwiając mu zapięcie ostatniego guzika. Trzęsła się i z całych sił starała się nie rozpłakać. Chociaż dobrze ukrywała swoje emocje, Severus i tak to zauważył. Kiedyś także miał problemy z uczuciowością, jednak skończyło się to po śmierci jego matki.
- Obiecaj, że do mnie wrócisz – Powiedziała lekko drżącym głosem. - Jeżeli po wojnie spóźnisz się choć chwilę, odnajdę cię i zabije. Obiecaj mi to.
- Obiecuje – Wyszeptał i z bólem obserwował, jak dziewczyna posyła mu ostatnie spojrzenie i wychodzi, cicho zamykając za sobą drzwi.


Avada kedavra!
Zaklęcie Severusa pomknęło w zastraszająco szybkim tępię w stronę nieznanego mu Śmierciożercy. Trafiony zielonym promieniem, bez życia padł na zdeptaną ziemie. Nie zatrzymując się, by obejrzeć efekt swojego zaklęcia, Mistrz Eliksirów pobiegł dalej, widząc dużą grupkę swoich dawnych kolegów stojących pod drzewem. Posyłając w ich stronę kilka zaklęć z radością obserwował jak martwi spadają na siebie.
Woja trwała już kilka godzin i w dalszym ciągu nie było widać końca. Choć Severus sam przed sobą nie chciał się przyznać, robił się coraz słabszy i efekty były widoczne nawet w zaklęciach. Już nie te lata pomyślał z goryczą i oddał przed siebie kilka zaklęć. Na razie nikt się nie zorientował, że nie jest po stronie Śmierciożerców, jednak czuł, że nastąpi to niedługo.
Pośpiesz się Potter!
Biegnąc wzdłuż błoń kątem oka obserwował, jak Longbottom wykańcza Bellatrix. Lekko uśmiechnął się przy tym pod nosem. Może dzieciak był strasznym ciamajdą, jednak, czego nigdy w życiu nie przyzna, chłopak odziedziczył posługiwanie się różdżką po matce.
Przez całą swoją drogę rozglądał się nieznacznie,w poszukiwaniu pewnej brązowowłosej dziewczyny. Niestety nigdzie jej nie zauważył.
Nagle usłyszał huk i na powoli ciemniejącym niebie pojawił się błysk, który sprawił, że wszyscy walczący stanęli zdziwieni. Przystanął także i on, jednak nie widząc w tym nic ciekawego, wykorzystał okazję i zaczął zabijać niczego niepodejrzewających Śmierciożerców. Zabił chyba z dziesiątkę, gdy nagle pojawił się przed nim wściekły Yaxley. Podwinął rękawy swojego płaszcza i skierował swoją różdżkę prosto na Severusa.
- Wiedziałem, że jest z tobą coś nie tak, Snape! Teraz nareszcie wiem, co. Jesteś pieprzonym zdrajcą! ZDRAJCA! - Huknął, przyciągając wzrok innych.
- Yaxley, zastanów się, co ty wygadujesz – Powiedział spokojnie, chcąc zwabić Śmierciożerców w błąd. - Jak niby miałbym być zdrajcą, będąc najbliższym sługą Czarnego Pana? Myślisz, że da się go oszukać?
- Widziałem, jak zabijasz Marcusa! - Krzyknął, jednak widać było, że jest coraz mniej pewny. - Widziałem, jak posyłasz zaklęcie w jego kierunku!
- Posyłałem wiele zaklęć, w wiele kierunków, więc skąd wiesz, że akurat tamto było przeznaczone dla Marcusa?
Snape wiedział, że wygrał, w momencie, gdy Śmierciozerca rozpaczliwie zaczął szukać odpowiedzi. Nie przewidział jednak tego, że będzie miał więcej niż jednego świadka.
- Także to widziałem – Z tłumu wyszedł młody Śmierciozerca, w którym Snape rozpoznał swojego dawnego ucznia.
- I ja.
- Ja także.
Choć wiedział, że nie widział żadnego z nich, to teraz i tak jego szanse na przeżycie były bliskie zera, także Severus zaryzykował i zaczął rzucać Avadami we wszystkich zgromadzonych Śmierciożerców. Zdziwił się, gdy kilka promieni przeleciało obok niego i trafiło niczego nieświadomych Śmierciożerców. Kalkulując swoje szanse, szybko obrócił się w kierunku padania śmiercionośnych zaklęć i zaniemówił, gdy zobaczył Hermionę.
- Co ty wyprawiasz?!
- Ratuje ci życie! – Również krzyknęła, tylko ona uśmiechnęła się przy tym promiennie.
Szacując, że zagrożenie jest niewielkie, szybko do niej podbiegł. Dziewczyna widząc to, rzuciła się w jego ramiona.
- Jak się ciesze, że nic ci nie jest.
- Jeszcze.
- Nawet tak nie mów! - Krzyknęła, uderzając go przy tym w ramię. - Bitwa zbliża się ku końcowi, więc są wielkie szanse, że przeżyjesz.
- Skąd to wiesz? O końcu wojny?
- Widziałam jak Harry idzie do Voldemorta – Nagle spojrzała na niego wystraszona. - Melinie, Harry! Ja m u s z ę tam być!
Na pożegnanie tylko dotknęła jego policzka i ruszyła biegiem w stronę Wrzeszczącej Chaty. Severus patrzył się tylko. Cieszył się, naprawdę cieszył się z tego, że dziewczyna mu pomogła. Bez niej nie dałby sobie rady, choć zdawał sobie sprawę z tego, jakie uczucia targały teraz Hermioną. Wyrzuty sumienia po zabiciu jednego człowieka są ogromne, nie mówiąc już o kilku. Obiecując się zająć tym od razu po zakończeniu wojny, ruszył przed siebie.

Wieść o zabiciu przez Harrego Voldemorta, rozprzestrzeniła się po całym Hogwarcie. Dookoła można było słyszeć śmiech, ale również płacz i zgryzotę po bezpowrotnej stracie bliskich osób. Severus wchodził właśnie do zamku, gdy jego uwagę przykuł pewien mały drobiazg. Mała gwiazda symbolizująca Czarnego Pana, leżała sobie spokojnie na ziemi. W innych okolicznościach nie zwróciłby na to uwagi, jednak właśnie teraz jego szósty zmysł szpiega podpowiadał mu, że coś jest bardzo nie w porządku.
- Snape.
Z cienia, potwierdzając jego wszystkie obawy, powoli wyszedł Greyback. Jego szaty były postrzępione i skąpane we krwi. Ciało nadal miało kształt wilkołaka, jednak twarz zostawił ludzką. Szaleńcze oczy wypełniała radość.
- Wiedziałem, że Yaxley miał rację. Trzeba cię było już dawno wykończyć, ty plugawy zdrajco.
- Kogo nazywasz plugawym, Greyback?
- Severus?
Nagle Mistrzem Eliksirów wstrząsnął niepohamowany strach, taki, jakiego nie doświadczył w całym swoim życiu. Hermiona. Musiała usłyszeć glosy i teraz szła w ich kierunku.
Greyback, widząc jego przerażenie, zaśmiał się paskudnie.
- Czyżby twoja kochasia? Spokojnie, nie zrobię jej krzywdy, ale pod jednym warunkiem. Ty nie skrzywdzisz mnie.

Gdy Hermiona wyszła za zakrętu, zobaczyła coś, czego nigdy nie zapomni.
Przed nią stał Severus i rozmawiał z Greybackiem.
Nawet nie miał wyciągniętej różdżki. Co się z nim stało?
- Severus? - Powtórzyła, robiąc parę kroków przed siebie. Przed pobiegnięciem do niego, powstrzymała ją jego wyciągnięta ręka.
- Nie ruszaj się z miejsca – Spokojny głos Snape'a zadziałał nią jak najlepsza hipnoza. Z bólem w sercu usłuchała go i stanęła.
- Co się dzieje? - Nie mogła pohamować pytań ani łez. Gdzieś w środku wyczuwała najgorsze.
Mistrz Eliksirów obrócił się do niej i gdy otwierał usta, Greyback zaatakował.

Usłyszał krzyk Hermiony i gdy poczuł zęby wilkołaka na swojej szyi, był już przygotowany. Nie walczył, wiedział, że nie ma to najmniejszego sensu.
Posługując się magią bezróżdżkową (pod koniec bitwy jakiś olbrzym nadepnął na jego różdżkę. Do tej pory zastanawiał się, jak to było możliwe) wyczarował barierę mająca zatrzymać dziewczynę w jednym miejscu. Widząc jak rzuca się ona bezradnie, odwrócił wzrok.

Gdy bariera zatrzymująca ją w miejscu zniknęła, Hermiona rzuciła się w stronę Severusa i upadła na ziemię obok niego. Chwilę wcześniej wilkołak uciekł do lasu, dlatego była pewna, że jest bezpieczna.
Po pośpiesznie wysłanym patronusie do pani Pomfey, zaczęła tamować jego rany, wmawiając sobie, że jeszcze nie jest za późno. Hamując łzy, przeczesywała rękami jego włosy, mówiąc przy tym coś cicho.

W ostatnich chwilach życia Severus był przytomny. Dlatego nie chcąc tracić czasu otworzył oczy i spojrzał na płacząca dziewczynę, przypominając sobie wszystkie chwile spędzone razem.
Wypowiadając do niej swoje ostatnie słowa, zamknął oczy i przeniósł się do świata cierpień. Do świata bez niej.


CZYTAM = KOMENTUJE


piątek, 14 lutego 2014

Walentynki

Krótkie, bardzo krótkie, ale takie właśnie miało być:) Miniaturka na zamówienie Lili (Lila? Przepraszam, nie jestem pewna, jak to odmienić), bardzo przyjemnie mi się ją pisało.
Smutne Sevmione jest już napisane, także powinno ukazać się na dniach.
Piosenkę na dzisiaj znajdziecie TUTAJ
A tak poza tym, jak spędzacie walentynki? U mnie właśnie gotuje się mleko na kakao i chyba zaraz poszukam jakiejś ciekawej książki xd 

Kocha się za nic. Nie is­tnieje żaden powód do miłości. ~ Paulo Coelho

Czerwone serce przeleciało dokładnie przed twarzą Hermiony, sprawiając, że zaskoczona dziewczyna cofnęła się do tyłu. Zamrugała parę razy i spojrzała w górę.
  • Widać po tylu latach Dumbledor'owi nie skończyły się pomysły - Powiedział z przekąsem Ron, patrząc w tym samym kierunku co jego przyjaciółka.
Dzisiejsze skupienie Wielkiej Sali było całe w czerwieni. Jak Wielka Trójka już się dowiedziała, były to serca, skupiające się na suficie i spadające na każdego, kto właśnie przekraczał próg jadalni.
  • Nie wiem, czy mi się to podoba – Powiedział Harry, zajmując swoje stałe miejsce przy stole Gryffindoru. - Za czerwono dla mnie.
  • Przecież to podstawowy kolor twojego domu!
  • Jest jeszcze złoty, który jakoś bardziej do mnie przemawia.
Ron spojrzał dziwnie na Harryego. Gdy już miał się odezwać, na środek wyszedł Dumbledore. Uśmiechnął się pogodnie do swoich uczniów.
  • Witajcie! Może od razu przejdę do rzeczy. Wiedząc, jak zawsze w Hogwarcie wyglądały walentynki, razem z nauczycielami postanowiliśmy lekko je urozmaicić – Wskazał ręką na czerwone skupienie. - Po śniadaniu do każdego podleci przecięte w połowie serce, na którym zapiszecie swoje imię i nazwisko. Gdy wszystko będzie gotowe, serca odlecą do osoby, która według nich pasuje do was najbardziej. I wierzcie mi – dodał rozbawiony.- że nie ma sposobu na ominięcie serca. Dopóki nie spełnicie jego wymagań, będzie trzymało się was mocno. Wesołych walentynek! - Powiedział, kierując podniesiony kieliszek w stronę zbaraniałych uczniów.
Po jego przemowie w Sali zapadła cisza, która po kilku sekundach wypełniła się podnieconymi szeptami. Przyjaciele spojrzeli sobie w oczy.
  • To będzie ciekawie.
Gdy tylko Hermiona odłożyła sztućce na pusty talerz, w jej stronę podleciało serce. Nie chcąc, by jej uciekło, złapała go w obie ręce. W dotyku było twarde i gładkie, a w świetle mieniło się lekko. Trzymając go mocno w jednej ręce, drugą złapała marker leżący samotnie w wiklinowym koszyku, przygotowanym specjalnie na dzisiaj i w przeciętym miejscu wpisała swoje imię i nazwisko. Gdy kończyła pisać ostatnią literę, połówka nagle zaczęła się wyrywać. Widząc, że niektórzy też mają z tym problem, puściła niespokojne serce. Siedząc pośród gwary i śmiechu, z niepokojem obserwowała, jak szybko mknie w stronę sklepienia, do swoich identycznych przyjaciół.


  • Zaraz się zacznie!
Ginny wpadła do pokoju Hermiony i, z wielkim uśmiechem na twarzy, rzuciła jej się na łóżko. Miała na sobie pomarańczową koszulkę i brązowe spodnie, co zdaniem Hermiony, prezentowało się wspaniale. Swoje rude włosy spięła w niesforny kok, z którego kilka zdążyło już wypaść. Uśmiechnęła się do Hermiony szeroko, tym samym pokazując jej swoje równe, białe zęby.
  • Nie cieszysz się?
Z pozoru było to niewinne pytanie, jednak brązowowłosa poczuła niepokój. Sama nie wiedziała jak ma się zachować, nie sądziła, by serce wybrało jej drugą połówkę. Bo jakby nie patrzeć, kto mógł do niej pasować? Była chyba jedyną osobą w Hogwarcie, która tak lubiła książki i naukę. No dobrze, pominęła Dumbledora, ale na samą myśl o nim z nią robiło jej się niedobrze. Ginny widząc jej skrzywioną minę szybko zaprzestała zadawania pytań i łapiąc ją za rękę, zaprowadziła do Wielkiej Sali, która była już prawie pełna.
Gdy w jadalni pojawił się dyrektor, nagle wszystkie stoły zniknęły, udostępniając miejsce do stania cisnącym się jak sardynki uczniom. Od razu wszyscy z jękiem ulgi odsunęli się od siebie i stanęli wygodnie na środku sali.
Zadowolony Dumbledore potarł dłonie.
  • Czy wszyscy są? - Gdy nikt nie zaprzeczył, uśmiechnął się lekko. - Dobrze, w takim razie zaczynamy! - Krzyknął, kierując różdżkę ku górze.
Hermiona krzyknęła głucho, gdy obok niej nagle pojawił się różowy, puchaty fotel. Cofnęła się lekko w bok i spojrzała przed siebie.
Jak widać zaklęcie Dumbledora nie tylko miało pobudzić do życia latające teraz serca, ale także przyozdobić Wielką Salę. Dziewczyna z nieskrywanym zdumieniem obserwowała, jak biały kolor ścian zamienia się w czerwony, na suficie pojawiają się serpentyny, a z głośników płynie nastrojowa muzyka. Światło zastąpiono powoli sunącymi w powietrzu świecami, przez co dookoła unosił się przyjemny zapach wosku. Zaczarowana tym wszystkim Hermiona spojrzała w bok, gdy poczuła lekkie uderzanie w ramię. Z błyskiem w oczach złapała za połówkę serca i obróciła do siebie.
Jej bajka prysła w jednym momencie.
Hermiona głośno przełknęła ślinę, czując coraz szybciej gromadzące się łzy w oczach i prawdopodobnie wyszłaby z sali, gdyby ktoś mocno nie złapał jej za rękę. Wzięła głęboki oddech i odwróciła się w stronę czarnych jak noc oczu.
W dalszym ciągu trzymając jej dłoń, Severus Snape zbliżył się doń nieznacznie i pochylił lekko, prawie dotykając czoła dziewczyny swoim. Hermiona wypuściła wilgotny oddech i zadrżała. Był tak blisko, że czuła jego oddech, a równocześnie tak daleko, bo nie mogła tego wykorzystać. Czując palące łzy na policzkach, szybko odwróciła głowę.
Nienawidziła płakać. Gardziła tym i uważała to za słabość, także pokazując się z takiej strony Severusowi, czuła wielki wstyd i złość na samą siebie. On, jakby to wyczuwając, złapał ją za podbródek i odwrócił do siebie. Nie czekając na pozwolenie, pochylił się w jej stronę i złożył delikatny pocałunek na jej wilgotnych od łez wargach.
Nie zwracał uwagi na to, że znajdował się w sali pełnej uczniów i nauczycieli. Nie było dla niego ważne to, że dziewczyna mogła tego nie chcieć i właśnie wyrządzał jej wielką krzywdę. Chwilowo liczyła się dla niego tylko chwila, nastrój oraz to, że jego... jego uczennica (do cholery jasnej, on był Snapem, Snapem nieposiadającym uczuć, szczególnie czegoś takiego jak miłość) cierpi. Zamykając dostęp głosowi rozsądku do swoich myśli, pogłębił pocałunek.
Gdy dziewczyna poczuła wargi Severusa na swoich, dosłownie stanęła sparaliżowana. Jednak po chwili cały strach, zdenerwowanie oraz smutek ustąpiły miejsce radości oraz pożądaniu. Jedną rękę wsunęła mu za włosy i przyciągnęła mocno do siebie z zadowoleniem zauważając, że poddał się temu bez sprzeciwu.
  • Może jednak znajdźmy sobie inne miejsce – szepnął Snape, muskając wargami jej szyję. - Czuje na sobie palące spojrzenie połowy sali, a nie chce, by Minerwa robiła ci potem wyrzuty.
Gdy uzyskał jej pozwolenie, delikatnie wziął ją na ręce i zaprowadził w stronę lochów. W swoim umyśle raz po raz odtwarzał zdziwione twarze uczniów, wiedząc, że na następny dzień będą męczyły go potworne wyrzuty sumienia, jednak chwilowo miał to, za przeproszeniem, gdzieś. Prychnął rozbawiony i, nie zrzucając Hermiony, otworzył drzwi do swojej sypialni.
To zdecydowanie były jego najpiękniejsze walentynki.



CZYTAM = KOMENTUJE

środa, 12 lutego 2014

Wstęp


Witajcie!
Ostatnio pisanie miniaturek idzie mi coraz szybciej i sprawniej, dlatego postanowiłam dać ujście kilku z nich i stąd ten blog. Czego jeszcze możecie się na nim spodziewać? Tak naprawdę to nie wiem. Mam kilka krótkich wierszyków, więc może kiedyś któryś z nich zostanie opublikowany.
O czym będą miniaturki? O wszystkim. Mogę pisać o parringach z HP, Pretty Little Liars, Tuneli, Igrzysk Śmierci... Będę otwarta na wszystkie zamówienia (oczywiście, mam na myśli, będę spełniała tylko te życzenia, o których mam przynajmniej jakieś pojęcie. Od razu mówię, że nigdy nie czytałam Zmierzchu czy Pamiętników Wampirów). Zamówienia możecie pisać już pod tym postem, bo nie wiem, kiedy pojawi się pierwsza miniaturka :)
Bardzo proszę o zostawianie komentarzy. Chciałabym wiedzieć, czy komuś podobają się moje twory, także każda krytyka będzie mile widziana. Nie trzeba być zalogowanym, by zostawić po sobie ślad. Jeżeli nie widzisz swojego bloga w Teleporterze, to zostaw mi do niego link (Poczta), postaram się zajrzeć. Odwdzięczam się za każdy komentarz.
To chyba wszystko... Jak coś, to wyjdzie w praniu :D
Pozdrawiam, Wasza czarna.

DOPISEK: Usunęłam weryfikacje obrazkową.